inflacja
inflacja

Czy nie upadniemy pod ciężarem długów? Inflacja na ratunek!

W obliczu kryzysu finansowego wywołanego przez COVID-19 i spadających dochodów bieżących, wiele samorządów ma tylko jedno wyjście: zaciągnąć zadłużenie, które pozwoli w zachowaniu płynności finansowej. Dla wielu JST jest to rozwiązanie kontrowersyjne – włodarze obawiają się, że powiększanie zadłużenia samorządu może w przyszłości oznaczać poważne problemy finansowe z jego spłatą. Tymczasem w obecnej sytuacji… nie ma niczego lepszego dla samorządów do zaproponowania niż dług.

Samorządowcy, oceniając rozwiązania proponowane przez rząd w kolejnych tarczach antykryzysowych, jako ich główną słabość wskazują, że dominującą formą wsparcia jest rozluźnienie reguł dotyczących zaciągania zobowiązań przez JST. Liczono raczej na zwiększenie subwencji i dodatkowe środki z budżetu centralnego, które pomogłyby w pokryciu luki dochodowej wywołanej przez pandemię COVID-19.

Trzeba jednak przyznać, że w obecnej sytuacji trudno oczekiwać od rządu innych form wspierania finansów JST. Kryzys wywołany przez COVID-19 jest ogólnoświatowy. Oznacza to, że uderza równie mocno w finanse centralne, jak i w budżety lokalne. Konsekwencje? Brak środków, które można by przekazać z budżetu centralnego do JST, żeby zapełnić lukę w ich dochodach. Niewielkie podniesienie subwencji zapowiadane przez rząd pokryje tylko ułamek strat, z jakimi mierzą się obecnie samorządy. Dlatego właśnie w ramach rozwiązań antykryzysowych zwiększono możliwości zadłużania się samorządów. Co sprawia, że nie jest to wcale złe rozwiązanie?

Wszyscy się zadłużają

W podobnej sytuacji, jak samorządy, są dziś państwa na całym świecie. Kryzys wstrząsnął globalną gospodarką, a jego konsekwencje finansowe są jeszcze trudne do oszacowania. Eksperci z Australijskiego Uniwersytetu Narodowego skonstruowali kilka możliwych scenariuszy rozwoju sytuacji. Oceniają, że straty w światowym PKB wywołane przez COVID-19 wyniosą  od 2,4 bln dolarów do nawet 9 bln dolarów. Z analiz KE wynika, że na poziomie wszystkich państw UE deficyt budżetowy sięgnie aż 8,5 proc ich PKB. To ogromny wzrost, bo w 2019 roku relacja ta wynosiła zaledwie 0,6 proc. Polska pod względem prognozowanych strat znajduje się na trzecim miejscu tego rankingu z deficytem wynoszącym 9,5 proc PKB.

Oznacza to, że bezprecedensowo wzrośnie dług publiczny, po raz pierwszy w Unii Europejskiej poziom zadłużenia przekroczy 100 proc. PKB. W przypadku Polski zbliży się prawdopodobnie do 55-60 proc. Mamy do czynienia z kulminacją procesów, które zapoczątkował już kryzys na rynkach finansowych w 2008 roku, kiedy pod hasłem „luzowania ilościowego” wpuszczono do obiegu biliony dolarów. Tzw. drukowanie pieniędzy wcześniej było ekonomicznym tabu. Dziś jesteśmy już oswojeni z tym procesem. Mamy z nim do czynienia także w Polsce.

16 marca NBP ogłosił, że rozpoczyna skup obligacji rządowych z rynku. Zgodnie z prawem bank centralny nie może kupować obligacji od rządu, może jednak odkupić je od banków komercyjnych i tak stało się w tym przypadku. Tym samym do banków trafiła duża ilość gotówki… za którą kupione zostały nowe obligacje wyemitowane przez skarb państwa. De facto więc NBP dostarcza pieniądze do budżetu centralnego. Mówimy o bardzo dużych kwotach – tylko jednego dnia NBP kupił obligacje skarbowe za ponad 30 mld zł. Dla porównania przypomnijmy, że na koniec 2019 roku zadłużenie JST wynosiło w sumie nieco ponad 85 mld zł.

Dłużnicy wygrywają

Gdy mowa jest o dodrukowywaniu pieniędzy, od razu pojawia się pytanie o inflację, czy wręcz hiperinflację, z którą w Polsce zetknęliśmy się pod koniec lat 80. Jak to wygląda obecnie? Możemy mówić o około 8 proc. realnej inflacji – nie należy jej mylić ze wskaźnikiem CPI wyliczanym na podstawie koszyka dóbr konsumpcyjnych przeciętnego Polaka określanego w badaniach przez GUS – wskaźnik ten jest zupełnie nieadekwatny w odniesieniu do sytuacji sektora publicznego. Jednocześnie mamy bardzo niskie stopy procentowe. Od początku kryzysu wywołanego przez COVID-19 RPP już trzy razy obniżała ich wysokość i obecnie wynoszą one niewiele powyżej zera. Oznacza to, że została podważona jedna z podstawowych zasad ekonomii – depozyty składane w bankach nie tylko nie przynoszą zysków, ale nie chronią wkładu przed inflacją. Jednym słowem – pieniądze na lokacie tracą realną wartość.

A jak jest w przypadku kredytów? Przypuśćmy, że mamy 10 mln zł kredytu, a inflacja jest nieco niższa niż obecnie i wynosi 5 proc. Po roku, nawet jeśli nie zostanie spłacona żadna rata kapitałowa, realna wartość zadłużenia będzie wynosiła 9,5 mln zł, czyli 5 proc. całego długu zostanie zniwelowane przez inflację. Zwykle w tego typu kalkulacjach trzeba było jednak wziąć pod uwagę odsetki, jakie w tym czasie zapłacimy, a były one zwykle wyższe od inflacji. Teraz jednak gdy WIBOR jest na poziomie poniżej 0,5 proc., odsetki są minimalne. A to oznacza, że realna wartość zadłużenia samorządów spada. Oczywiście nie widać tego na rachunku – tam nadal będzie widniało 10 mln zł do spłaty. Jednocześnie jednak kategorie dochodowe w budżecie będą rosły inflacyjnie. Tymczasem dług się nie rewaloryzuje, jest wartością nominalną.

Co dalej z inflacją?

Pozostaje jednak pytanie, jak długo będziemy mieli do czynienia z tego typu mechanizmami. Wszystko wskazuje na to, że jest to prawdopodobny scenariusz na najbliższe lata. Dlaczego? W sytuacji, w której rośnie dług publiczny, w interesie rządów jest utrzymywanie mechanizmów sprzyjających jego zniwelowaniu. Mechanizm ten to tzw. wyjście inflacyjne, umożliwiające rządom centralnym szybsze oddłużenie. Dlatego możemy spodziewać się utrzymywania stóp procentowych na bardzo niskim poziomie.

A co z inflacją? Na jej wysokość wpływają przede wszystkim dwa czynniki: ilość pieniędzy w gospodarce oraz szybkość ich cyrkulacji. Jak już wspomniano wyżej, mamy obecnie do czynienia ze zwiększaniem ilości pieniędzy, a więc z czynnikiem sprzyjającym inflacji. Z drugiej jednak strony obniżyła się szybkość cyrkulacji pieniędzy. Mówiąc najprościej: konsumenci nie są skłonni do ich wydawania. Z kilku powodów. Przede wszystkim spadki dochodów w związku z kryzysem czy wręcz utrata zatrudnienia dla wielu osób oznaczają zdecydowanie mniejsze środki do dyspozycji. W obliczu niepewności na rynku pracy rośnie też skłonność do oszczędzania. Dodatkowo wiele sektorów gospodarki nadal nie wróciło do pełnego funkcjonowania po czasie lockdownu – restauracje, hotele, miejsca rekreacji czy punkty usługowe działają w reżimie sanitarnym i przyjmują mniej klientów niż przed pandemią. Wszystko to działa hamująco na inflację – efekt ten mogliśmy zaobserwować już w okresie kwiecień – maj bieżącego roku. Można przypuszczać, że czynnik ten będzie dominował w gospodarce jeszcze przez rok – półtora. Później możemy spodziewać się znaczącego wzrostu inflacji. Proces ten może zostać zatrzymany, jeśli NBP uda się w odpowiednim czasie dokonać procesu odwrotnego do tego, co dzieje się dziś, to znaczy wyjęcia pieniędzy z obiegu (saturacji). A rzadko zdarza się, żeby bank centralny przeprowadził taką operację z sukcesem. Jeśli więc i w tym przypadku sukcesu nie będzie, trzeba liczyć się z inflacją sięgającą nawet 10 procent.

Śmiało możemy więc powiedzieć, że nadchodzą czasy, w których posiadanie zadłużenia będzie najlepszym rozwiązaniem dla samorządów. Oczywiście nie zwalnia to JST z konieczności rozsądnego zarządzania długiem. Nadal obowiązuje zasada, że dobry dług to dług bezpieczny. Trzeba pamiętać, że wyłączenie zadłużenia ze wskaźnika z art. 243 ufp nie oznacza, że nie trzeba będzie go spłacić. Dlatego warto rozsądnie planować harmonogram spłat i wybierać takie instrumenty finansowe, które umożliwiają elastyczne zarządzanie tym harmonogramem, a więc raczej obligacje komunalne niż kredyty.